menu

 

 

DO BRACI HAŁDZIARZY

 

Chciałem, byście pojęli głos martwych kariatyd

a potem proste słowa ustroili w kwiaty.

Byście na smolnych świerkach oparli swe dłonie,

nad ścieżką, co się wije jak śliski zaskroniec.

Byście, gorzałkę pijąc, nie śpiewali głośno,

ale cicho się w krzakach układali do snu.

Chciałem wam na głos czytać „Pana Tadeusza”

i świat jak obręcz wielką podnieść i rozruszać

i pokazać sztandary, co zakwitną w maju,

gdy noc ucieka szybko jak spłoszony zając.

I tyle różnych rzeczy chciałem wam pokazać,

tak lekkich, tak misternych, jak mgła albo gaza,

że w nich tylko zatonąć i opaść i zaróść,

aby wpleść się w kołowrót poetyckich czarów.

 

A oto jest u was. Bez wsi, bez rodziny.

I już nie wiem, co łączy mnie z każdą brzeziną,

nawet nie wiem, że słodycz a bzy to to samo,

że się można o świecie otulić piżamą.

Niewiele trza mi miejsca. Niski, ciemny barłóg,

wykradziony tu, bracia, wam, ojczystym karłom.

O świcie łyk powietrza, w brzuchu żrawka ostra,

w oczach sina, hałdziarska, mokrzejąca wiosna.

Rozpłyną się zagony wysypanych żużli

za horyzont wiosenny, za tę ziemię próżną.

Nie ma tu żadnych ludzi. Spotkamy tylko braci

i słońce, co po hołdach zamyślone łazi.

Nad polami, niziutko, przeszybują słowa

i zapłonie, zachrzęści zbuntowana mowa.

Za wzgórzami tkwią szyby. Takie tam od biedy.

Rosną nad nimi bracia – zapomniane bedły.

Nad szybami spaliły się i moje ręce,

wichry polne z nich zmiotło poetyckie tęcze,

skamieniały, stwardniały, zarosły tarniną,

gdy przyrósł do nich oskard, przylepiło się kilof.

W szybie jest błogo. Zwykle braknie myśli.

Zapomniałem, że Wanda utonęła w Wiśle,

zapomniałem, że ktoś mnie kiedyś uczył greki,

po prostu, bracia, stałem się waszym człowiekiem.

 

A tak to łatwo przyszło. Odepchnąłem dale

i to wszystko, co mówią rządowi mądrale,

te sztandary, co zwykle rozkwitają w maju,

gdy noc ucieka szybko jak spłoszony zając,

te marzenia, by spisać wam głosy kariatyd

i dzień za karków wam zedrzeć jak szorstkie oparty.

Bo poezja, poezja w zwęglonej koszuli

jest jak okrzyk, co grozi, łączy brzegi ulic.

Bo poezja, poezja zakochana w sobie

przyprawiała mnie w węglu o smutek i obłęd.

 

Wieczorami wracali z gitarami z miast,

młodzi jeszcze, a przecież nie wierzący w czas.

Nad dachami spuszczali utyrane nogi,

klęli głośno – bluźnili, to Polsce, to Bogu.

Można było wybuchnąć śmiechem albo płaczem.

Po próżnicy wieczorem słów z was nikt nie tracił.

Urodziliście kiedyś, że pójdziecie pójdziecie krzykach,

że na miasto gruchniecie w wrzaskliwych muzykach,

przetętnicie nad brukiem, przewalicie pieśnią,

która słabych przeraża i jak łańcuch chrzęści!

Dawniej byłbym powiedział: bunt ten jest szaleństwem! ––

a teraz pochwaliłem wasze dumne męstwo

i –– tak samo na wietrze poprzysięgłem z wiarą,

że czas przyjdzie, gdy stanie się era chacharów…

Zachodziły daleko jakieś szumy czy łuny,

gdy przysiągłem na waszą ewangelię wichury.

 

Bracia moi, hałdziarze! Chciałem tyle rzeczy

a teraz mi tak trudno tej jednej zaprzeczyć:

w szumach się narodziłem, w szumach umrzeć muszę,

w szumach mi się rozpłynąć, w dymach się rozprószyć.

Nie naplotą głupoty rozgadane szyby,

kiedy niebo wam poda zadymionej gęby.

Nie wyjdą wam naprzeciw kamienice miasta,

nie przekreśli was krzyżem pobożna niewiasta.

Bracia moi, hałdziarze, ale to zapłonie,

to, co biorę wysoko w bezrobotne dłonie,

bracia moi, hałdziarze, to co w piersiach grzmi,

co się w serce wam wgryzie, braci moi najdrożsi,

i łopocze i szumi, aż kopalnie drży,

ten tupot zbuntowanej nadchodzącej wiosny!

 

1938