menu

 

 

GENEZA POEZJI

 

Gdzie ani wiatr nie huknie, ani grom nie błyśnie,

gdzie młodą głowę tulą mgły, oddechy łąk,

tam słowo, pąk srebrzysty, wiotkie jak przebiśnieg,

nagle z grogi wyrasta i ucieka z rąk.

Pali się sen i popiół na kartę się sypie,

teraz ty mi poezjo z popiołu zakwitaj,

sama jak sen zdradliwa, lecz wonna jak lipiec,

którą dziś ojciec, jutro zaś syn mój odczyta.

na pokoleniach młode ciało jak na barkach

opierasz i krew nasza szumi w twoim ciele;

a gdy milcząc do czoła tulisz się twa warga

płonie jak wonna róża w gotyckim kościele.

 

Z pokoleń wyciosana, podobna rodzicom,

żywa kiedy dzwon windy zagra nam u stóp,

smutna gdy płynie pogrzeb górniczy ulicą

i wiatr, kopidoł mądry, szumem ściele grób;

radosna, gdy w otwarte migotliwe rano

ucieka noc za hałdę, tylko szczeka z dala

i gwiazda jak latarnia uliczna rozchwiana

ostatnią łzę złocistą w oku swym zapala.

Teraz kominy lecą ku niebu i ryją

osmolonym nochalem w puchach i syreny

jak lśniące ryby w wietrze pluszczą się i wiją,

że wiatr za nie poranne oducza godziny.

 

Bo gdy wiatr, to wysmukły, cielesny i gładki,

a jeśli krzyk, to z ziemi dobyty i lśniący.

- Wyjdą przed sień do kur swych zbudzone sąsiadki

choć jeszcze w nogach im się długi tren snu płącze.

 

Wyjdą i wiatr pozdrowią zadumaniem dłoni,

sypiących blaski ziarna dla ptactwa i dla kur,

a na dłoniach wiatr smagłą szyję swoją skłoni

i tak uśnie, olbrzymi, pocieszyciel ptaków.

Bo jeśli wiatr to rano szukający snu,

gdy w czerwonym trzepocie huta pręży ciało,

gdy błyskawice wszystkie uciekają stąd,

jak on zmęczone nocą, pełne i dojrzałe.

 

Poezjo, która wszystko czujnym widzisz okiem

i przymykasz źrenicę, by załkać i westchnąć,

która co zmierzch mi głowę nakrywasz obłokiem,

teraz zerwij się z wrzaskiem, przyszedł czas protestu!

Krąż i słowa płucz w ogniu, by darły powietrze

i obalały wieże jak źdźbła i krzyczały

o dni bez łez, bez wiatru, roślejsze i lepsze,

cień dające i owoce rodzące się jak gałąź.

O dzień zastygły w drodze, gdy runie modlitwa

i dopali się walka i popłynie pokój

i już tylko kopalnia lekka jak rybitw

czerwone złoży skrzydła na modrym obłoku.

 

Przychodzi ojciec z szychty, dzień źrenicę mruży,

któż ci to synu śpiewał, że Polska i sen,

patrz na me czoło, tutaj Ojczyzna na chmurze

odpływa z każdą myślą, co noc i co dzień.

Synu, to proch poezji twej na moich ustach

niepokoi gorzkością – trza zapalić pięści

aby i wiatr co ledwo twe policzki muska

rozgorzał jak snop żyta, płomieniem zachrzęścił.

 

Przychodzi ojciec z szychty, chlipie zupę kalną.

O robotniku cichy, któż twe gwarne czoło

zwinie jak żagiel jedną zwrotką mego psalmu,

gdy zmierzch błyskawicami tryska naokoło.

 

I robotnikom służę, i pszczołom i bratkom,

poezją mą nakarmię i łuny i tęcze

i teraz słowa sypkie, szeleszczące wartko,

zmieniam w kółka, żelazne obręcze,

wijące się na szczytach wyciągowych wież –

i niech zgarnia powietrze, dym i barwę świtu

wśród lin rozdygotany zadyszany wiersz,

poemat z potu ojca, gwiazd i malachitu.

Teraz, służący pszczołom i bratkom, rozumiem,

kto mnie karmił tym ogniem co piersi wydrążył, -

to ty ojcze, rodzący się do pracy w szumie

i kładący dłoń czerną na stosie mych książek

Gdzie ani wiatr nie błyśnie, ani grom nie huknie,

z puchu dnia o poezje lotniejsza się dźwigasz,

lecz ledwo z sadzy nocy otrzepocesz suknie,

pierwsza godzina pracy nad czołem ci miga.

Z pokoleń wyciosana – pokolenie witasz,

paruje świt czerwieńszy od krwi twego syna,

ledwo głoska zatańczy z rannej krwi obmyta,

tąpie nad czołem druga robocza godzina.

Urodzona w ciżemce, mężniejesz i rośniesz,

wiersz nie wiersz, błyskawica, świst windy i młot,

chcę, byś rozkazywała syrenom donośnym,

o ty, co liczysz krzywdy i pamiętasz pot.