menu

 

 

Granica

 

I

 

Zmierzch się wspinał na palcach, aż dosięgnął:

baranicą nakrył żagiew rozżarzoną.

Po łąkach i gałęziach poszedł kopciuch i smęd,

mgły spod chrustów mokrych zaraz się wylęgły, –

i tak dzień zwiędł.

 

Dzień styczniowy. A tego dnia wieczór

staliśmy nad granicą.

Polski strażnik bódł karabinem

mróz, co od łąk szedł zgrzypiący i siny.

W dali się rozjarzyły skrzydlaste Gliwice,

a tu wieś zasypiała wśród śniegu jak pierzyn.

Wiatr z krzów przyłącznych białe zęby szczerzył

i tylko zmierzch mu jeszcze patrzał w chłodne oczy…

 

Dwa kroki, może trzy – granica.

Czy wiesz, przyjacielu, jak to boli?

Gdybyż na niebie jedna błyskawica,

jeden bohater, co poległ!...

A niebo było puste…

 

Ślad, co na tamtą stronę chodził,

śnieg zawiał, wiatr zadymił.

Niemiecki strażnik albo jakiś złodziej

w krzach stąpał i gałązki łamał,

po naszej nie naszej ziemi.

 

Z Gliwic leciały ku nam wrzaski

jak strzały – (dzień zjazdu gauleitera).

– A gdy krzyk na granicę coraz mocniej napierał,

i gdy już coś tłumaczył, gdy już coś oznaczał, –

moja siostra na pierś mi padła

Z rozpostartym płaczem.

 

Na horyzont się kładł polski żal,

a ten horyzont był po tamtej stronie.

 

 

 

II

 

Ulicą rwał brunatny strumień,

ludzie na rękach wznieśli farbione okrzyki.

Na dachach było pełno trzepocącej dumy

i barw.

 

Peter Sokol, czyli Pietrek Sokół

nie wiedział, że to ja patrzę.

Coś szumiącego miał u boku,

a wiódł go wicher stu tysięcy młodych,

i tym wichrem się napasł i żył.

 

Zapomniał.

Nie myślał. Pęd mu zawiał oczy,

imperializm gładkich, okrąglutkich słów.

A mnie go jest szkoda.

Bo mógłby z niego być ułan uroczy,

a tak go prosto zabrano od krów

do Arbeitsdienstu i już nie pamięta,

jaki smak wolność ma, o której nie wie,

a jaki życie, które ktoś mu spętał.

Teraz sam urósł w rozkrzyczane heil,

a mnie go jest żal.

 

III

 

W Opolu, nocą, czasem puchacz leci

nad rynkiem.

Więc słuchaj synku, –

– jak to czasem wiatr w piórach nocy grzebie,

otwiera okna i miastem kolebie…

Opole miało koronę, a teraz jest gołe.

Opole się chyli.

Tak, czasem się chyli, o bruk wali czołem,

Bo na tym bruku twój ojciec się byli

Niedawno.

 

Gogolinie, Gogolinie

i ciebie zła sława nie minie.

Jakże kiedyś powiesz twojej Karolinie,

że Karliczek jest już na moście?

że Polacy już są na moście?

IV

 

Kto tchórz, ten niech nie czyta

tego wiersza.

 

Na niebie ciąg kul;

za ten ból, za ten ból,

za ten ogień, co w bólu dogasa.

Niebo jak wielki zachód lub szkarłatny kwiat

i ziemia co jest nasza, a niby nie nasza.

Taki deszcz, taki grzmot, taki polski grad!...

Wszystkie się krze graniczne pochylą, pokulą,

cały się zdumieje świat!

 

Jest się czym zdumiewać przyjaciele,

jest się czym zachwycać.

 

Wizje o zachodzie wstają z paleniska,

każda na karabinie złotą pięść zaciska.

Ugory na granicy – (i konie na granicy).

Racibórz czeka zwarty, Opole i Gliwice.

 

Polskie sztandary w strzępach, na piersiach ukryte,

w zimnych blaskach łopocą Rzeczypospolitej.

Las, co już dawno obmył liście z krwi pożganych,

patrzy jak nieprzytomny, włosy ma rozwiane…

Wizje się schodzą cicho w wieczór u ogniska,

co na granicznej miedzy płomieniami błyska.

Czekajcie!

 

V

 

Siostra w śnieg się wtuliła,

a ja stałem oparty o sterczący wiatr.

Na granicy noc rwała i biało dymiła.

 

…Czemu po tamtej stronie coraz głośniej?

Czemu wiatr nie ucicha, lecz rośnie?

 

Strażnik polski z mgły wylazł i rzekł:

– Chyba się ktoś powiesił albo się ktoś wściekł,

taka noc burzliwa i zła.

Oparł się o karabin, a kiedy tak stał,

to we wsi już ranek przeraźliwie piał.

 

…Czemu po tamtej stronie szaleją nad ranem?

Och, ta noc niezdobyta i twarda jak zamek,

och, ten dzień, co się męczy i nie może powstać

z krwi, w której w nocy krzepła jego orla postać!...

 

VI

 

Do siostry ja się zwracam,

do siostry piszę.

– Droga siostro, granica

teraz jest spokojna.

Ale w noc przyjdą wizje

i rozkażą: wojna!

 

Mój koń jest gotów.

 

 

                                                                             1939