menu

 

 

POCHWAŁA ZIEMI RYBNICKIEJ

 

Kto ciebie nie zna, ten o tobie szepce z uznaniem,

żeś pszenna, dymna, zbożna i uparta

lub jeszcze: Rzeczpospolitej wichrowaty szaniec,

czujna warta.

 

Śliczne stokrotki słów wyrzeźbiono ci prozą,

czas by cię owiać kadzidłami wiersza,

by nad tobą jak buńczuk nad szczytami obozów

powiewał, sosnom przewodził, sterczał.

 

Tu i tylko tu w Polsce na drewniane czoła

kościołów – dym czerwony jak jastrząb opada

a wzniosłe lipy płynąc wokoło kościoła

huta w żółtym ornacie koi i spowiada

 

Syrena świętych budzi i za brody targa

i do ucha górnicze im szepcze intencje

a potem jak po schodach, po chmur srebrnych wargach,

zstępuje i jak stuła wije się po ręce.

 

Krajobraz się jak ołtarz odsłania o świcie,

firany mgieł i dymów wiatr zwija i znosi

a na turniach kominów, w tlącym się błękicie,

Bóg zasiada wysoki i nowy dzień głosi.

 

U was wiatr pewnie częściej opasły jak pijar

lub strwożony i głuchy, jak głos w pustej urnie,

tu młodą pierś ma, gdy się o nią noc rozbija,

i oczy rozżarzona jak knurowski górnik.

 

U was trawa, choć rośnie wysoko i dobrze,

ledwo rosą nad ranem dziewczętom zaszepce,

tu – języki swe pojąc w świętej rzece Odrze –

szumi pieśni najbardziej polskie i najlepsze.

 

Gwiazdom się tutaj z ludzi nie pokłoni nikt,

gwiazdy, obrok dla maszyn, prychają w kominach;

człapie hałdą oślepły dym – to rudy wilk,

co łuną kolorową wpadły brzuch podpina.

 

Burza nie rada schodzi w pagóry Jankowic,

choć jej Pan posłuszeństwo swym przykaże berłem,

za głośno tu po gąszczach trzepocze się słowik,

gniazdo swoje za wonnym majstrujący cierniem.

 

Wieczorem zaś kopalnia jak orkiestra dęta

przygrywa marsze do snu w altanie mosiężnej

i tęsknota przez żadne słowa niepojęta

wspina się ku obłokom, gdzie trzepocze księżyc.

 

Ziemio, chwalę po trzykroć włos lasów i bryły,

po których stąpać wolno moim ludzkim stopem

jak innym robotnikom twoim i jak chłopom,

nad którymi się twoje świty zakurzyły.

 

A kiedy raz ostatni już ku twoim szczytom

pliszki oczu polecą – proszę z wiernej piersi,

by mnie na wiatr twój smukły jak na krzyż przybito,

niech mną obraca,

kości łamie

i uśmierci.

 

 

1943