menu

 

 

RÓŻDŻKA ŻYWOTA

 

Dalej, różdżko żywota, poezjo, okryta

szalem czerwonym, tocz się,

oczyma do powłoki ziemi przybita,

w wichrze gryzącym wargi, jak w occie,

 

dalej, gdzie zrąb kopalni i gdzie ręka huty

pod niebem zaplecionym jak warkocz czerwony,

gdzie horyzont szpilkami kominów zakłuty,

i chmury czarne krążą i trzepocą wrony,

z rozpadlin i wądolców ukrytych, gdzie tłusta

woda bulgocze, bąk ją samotnie przecina,

z dna hałd, gdzie smród, jak nagle narzucona chusta

na wargi, słowa wiąże i wycieka ślina –

 

stąd ci różdżko żywota, poezjo wytworna,

krew ciągnąć w żyły rytmów, stąd, a nie z dąbrowy,

gdzie drzewo każde szumi niby skrzydło orła

rozwieszone u szczytów pod łuk nieba płowy.

 

W górze obręcze dymów, pył węglowy tańczy,

porywając kępki dmuchawców dmuchawców i twarze

w mglisty wąwóz (tu wczoraj stał jeszcze krzyż stary,

dzisiaj go porąbali na ogień hałdziarze) –

 

idź tędy, jak dziewczyna, która dzbanek zupy

niesie ojcu nad wąwóz, nad cuchnący szalik,

gdzie jak trzmiel krąży obłok niski i zatruty.

Różdżko, ty mu na chwilę kilof z dłoni wybij.

 

Niech spocznie i przechyli dzban i chleb pogryzie

a dziewczyna w wełnistym nachylona dymie

niech mu od ust odejmie ów smrodliwy wyziew,

od którego przemienił się i wziął swoje imię.

 

O różdżko, zamieniona w kwiat, co w noc zwędruje

hałdy, rozłogi, pola, zamulone łąki,

w tobie sława goryczy i wiatr co przekuje

płatki rymów na sztaby i żelazne drągi.

 

 

1944