menu

 

 

SYNDROM ŚLĄSKI

 

Artem qua alit terra, sztukę żywi każda ziemia. Te słowa Swetoniusza sprawdzają się od wieków, co często bywa jedynym szczęściem dla krainy niezbyt zasobnej W bogactwa natury. Tym bardziej tedy nie należy się dziwić, że również ziemia kuźniczo-górnicza, gdzie „niektóre skały... ustawicznie siarczanym ogniem gorzywały", urodziła poetę i natchnęła go do napisania poematu. Ukazał się on drukiem w Krakowie w roku 1612 pod tytułem Ojficina ferraria abo huta y warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego. Poemat stał się przyczyną i przedmiotem wielostronnych rozważań i wzruszeń, poczynając od roku 1933, kiedy, wyłuskawszy go z zapomnianego w Bibliotece Kapitulnej w Gnieźnie klocka, nie bacząc na dostojne sąsiedztwo innych zespolonych w owym klocku druków, opublikowano sporą jego część w Poznaniu. Wytrwałym pilotem poematu, odkrytego w unikatowym druku po przeszło trzystu latach niebytu, wytrawnym jego intcrpretatorern oraz entuzjastą był od początku Roman Pollak. Skoro dzisiaj bibliografia utworu i jego autora Walentego Roździeńskiego osiągnęła już chyba tysiąc pozycji, moglibyśmy z pewnością stwierdzić, iż stał się on powszechnie znany. Nad tym wypadnie jednak zastanowić się jeszcze pod koniec tej gawędy. Pragniemy bowiem spojrzeć na ów poemat inaczej niż to czynili jego pilni badacze, recenzenci i okolicznościowi felietoniści, to znaczy opowiedzieć o jego poetyczności. Ale czym można opowiedzieć poetyczność? Czyż nie jest to owa sfera szczególnych wzruszeń, z którą każdy posiadający szczyptę wrażliwości inaczej obcuje? Można opisać analitycznie poetykę, wybór form oraz ich stosunek do znanych nam już miar, można przy czytaniu utworu wybitnego poczuć nagle to radosne poruszenie, które podpowiada nam, iż jawi się tutaj jakaś nowa, nieznana miara sztuki poetyckiej. W wypadku Roździeńskiego i jego utworu niespodzianki takiej nie odczuwamy. Poetyką jego zajął się między innymi wybitny językoznawca Stanisław Rospond, wielokrotnie analizujący poemat, czyniąc to także z perspektywy historyczno-literackiej w szkicu Walenty Roździeński a Jan Kochanowski (w tomie zbiorowym Roździeńsciana, 1965) i dodając do tego szczegółowy słownik rymów występujących w utworze. Jeśli poetyczność to sztuka wywoływania wzruszeń —czymże się one zatem wyróżniają przy lekturze poematu Roździeńskiego? W jednym z listów Goethego (do F. v. Biedenfelda, z 4.10.1815) czytamy: „Niestety nie dostrzega się, że w języku ojczystym nie-mal równie często tworzy się, jak gdyby to był język obcy. To należy jednak tak rozumieć: jeśli przez jakąś całą epokę pisało się wiele w tym języku i z jego pomocą wybitne talenty opracowały żywotny krąg ludzkich uczuć i losów, wówczas wyczerpał się duch czasu wraz z językiem, że teraz każdy mierny talent może posługiwać się wygodnie istniejącymi wyrażeniami jako danymi mu frazesami". Nie myślał tutaj twórca Fausta o sobie, ponieważ on sam żywotny krąg uczuć i losów ludzkich tak rozszerzał, że duch czasu jawił się ciągle w nowej postaci i z nowym zapasem siły wyobrażeniowej. Może nie wypada, pisząc o Walentym Roździeńskim, sięgać do tak wysokiego autorytetu, żeby w końcu skromnemu autorowi „dzieła żelaznego" zrobić przysługę. W dziejach każdego piśmiennictwa narodowego spotykamy się z epigonami, ba, z całymi nurtami epigoństwa, zwłaszcza w poezji. Nieraz jednak zużyta już poetyka, niezdolna do wywoływania bezpośrednich wzruszeń, znajduje ratunek w temacie, w drobnych, wynikających z jego podjęcia, naturalnych odbarwieniach konwencji poetyckiej, w wyborze odmiennych, nie spotykanych jeszcze w literaturze losów ludzkich, ukazywanych siłą rzeczy w odmiennej tonacji uczuciowej. Wznieca to jak gdyby wzruszenia pośrednie, mimo to autentyczne. Warunkiem ich powstania jest jednak osobisty, subiektywny stosunek do danego utworu. Po wiekach zapomnienia również i Officina ferraria takich wzruszeń może dostarczyć. Przypomina się Słowacki, choć pewnie i to zbyt wysoki autorytet w obronie Roździeńskiego jako poety, gdy w pieśni V Beniowskiego pisząc o dwóch rodzajach poetyczności wywołuje „realne życie" i „z czarnej pochwy miecz dobyty" (zamiast „miecz" dopowiedzmy sobie w myśli: oskard) i wreszcie powiada: „Grób bez posągu, teraźniejsza bieda, / Która się za lat sto poezją wyda". Nie obawiajmy się zatem, powiedzmy szczerze o tych wzruszeniach, które zawdzięczamy Roździeńskiemu. Jedno z nich wynika z samego faktu istnienia poematu, który jest czymś tak osobliwym w polskim krajobrazie literackim, że domaga się uwagi najtroskliwszej. Sam zaś jego autor, człek uczony, choć nie erudyta (gdyby był większym erudytą, byłby pewnie gorszym kuźnikiem powiadają dowcipnie Jerzy Łanowski i Herbert Myśliwiec, zastanawiając się we wspomnianym tu już tomie Roździeńsciana nad jego „erudycją klasyczną"), niewątpliwie utalentowany i w swoim zawodowym środowisku za fachowość szanowany, choć go w sądzie pszczyńskim „wszetecznym" nazwano, na uczciwą zasłużył admirację. Zważmy, jaką pustynią literacką był Śląsk w owym czasie, choć nawet w tej jego części, którą później nazwano Górnym Śląskiem, druków ukazywało się sporo, o czym przekonała nas Bibliografia piśmiennictwa polskiego na Śląsku XVII i XVIII w. (tom drugi w serii tzw. Śląskiego Korbuta). Pisano tu wprawdzie po łacinie, niemiecku i polsku, wkrótce w miastach dzisiejszego Dolnego Śląska, z Wrocławiem na czele, nastąpi wybuch znakomitych talentów poetyckich języka niemieckiego i powstanie niemieckośląska szkoła baroku (nie wolna od filiacji polskich) — mimo to Walenty Roździeński działał w pustce przystępując do dzieła pionierskiego. Nie wiemy nawet, jakie miał wykształcenie. Sugeruje mu się pobyt w szkole parafialnej w Mysłowicach, gdzie według Jana Kudery, badacza archiwaliów mysłowickich, istniała wyższa szkoła parafialna (quadrivium), w której uczono łaciny i greki. Potem była o wiele większa i bardziej wymagająca szkoła życia i pracy i gdyby nie (po różnych niepowodzeniach finansowych dumnego, ambitnego i porywczego kuźnika) szczęśliwy azyl u jego mecenasa, pana na Koszęcinie, Andrzeja Kochcickiego, gdyby nie jego sławna biblioteka lubliniecka, nie wiadomo, czy powstałaby w ogóle Officina ferraria. Wrocławscy księgarze-wydawcy i dostawcy Kochcickiego sławili jego samego i jego bibliotekę w dłuższej dedykacji na wydanym przez siebie w roku 1615 traktacie o stali i żelazie, pisząc, że książnica lubliniecka „bogato zaopatrzona była i zadysponowana dla wszystkich fakultetów", w tym i dla wiedzy górniczej, którą Kochcicki pojmował „z wielkim rozumem i więcej niż wystarczająco". I tu powód innego, odmiennego wzruszenia. Officina ferraria jest poematem o pracy, a także i o ziemiorództwie, by posłużyć się słowem Staszica. Jest więc poematem najlepiej i w sposób najbardziej naturalny odzwierciedlającym inspiracje tej ziemi, jest dziełem twórcy zafascynowanego rodzimą materią. I choć już kilkadziesiąt lat wcześniej Krzysztof Winter z Żagania łacińskim wierszem opisał był kuźnice i kopalnie śląskie, w innym co prawda śląskim regionie — mimo niewątpliwej swej urody poemat jego pozostawać musi w cieniu Officiny. Łaciński kostium nałożył mu dalekie od realizmu wędzidła określonej konwencji poetyckiej. Nie będąc jak Roździeński kuźnikiem, nie zdołał Winter wejść w konkret aż tak bezpośrednio, nie potrafił zespolić się z nim, opis dzieła kuźniczego pozostał dlań samą tylko przygodą poetycką. Dla Wintera jest to zresztą przygoda na pół sielankowa, o czym świadczą owe słodkości i wonności, zjawiające się w zakończeniu poematu podczas idyllicznej zabawy kuźników. Roździeńskiemu natomiast realistycznie przebadana i przeżyta materia kuźnicza nie pozwala na taką niefrasobliwość czy na poetycką wręcz egzaltację. We własnym konterfekcie, kończącym poemat, powiada: „Patrzajcie, jako to się skwarzy ciało!" — jakże to puszczać się w tany? I dalej: Od trzasku młotowego mało już co słyszę! W takiej biedzie pracować ustawicznie muszą. Mizerny jest żywot nasz. Pozostał zatem poetą żywym. Dziwnie to mówić o poecie, którego jedyne dzieło kilkaset lat przeleżało w całkowitym zapomnieniu, zaszyte w klocek biblioteczny, nie odnotowywane przez skrupulatnych bibliografów, nawet Estreicher przecież nie trafił na jego trop, wygnane z dziejów literatury polskiej, do których i dzisiaj jeszcze nie wróciło z całym należnym mu się szacunkiem. Czytać je to jakby zstępować na nowo w jego realistycznopoetycki krąg, miejscami w hiperbołicznym uniesieniu przypominający niektóre kręgi dantejskiego piekła, w krąg magiczny przez oddalenie w oddziaływaniu, w okolicę tak dobrze i nam wszystkim znaną, choć dzisiejszy jej wygląd inne przywołuje obrazy. Ale przecież wzruszenia rodzą się pokrewne: człowiek i jego praca są ową klamrą spinającą historyczny już poemat z przeżyciem dnia współczesnego. Żywotność Roździeńskiego-poety nie musi zresztą być wzmacniana impresyjnie. Sam poemat dostarcza nam przykładów konkretnych w zakresie języka i obrazowania poetyckiego. Zrodzony na pustyni literackiej, przechował do naszych czasów świeżą barwę, soczystość opisu, realistyczny umiar przy tym wszystkim oraz urok prawdy społecznej, wyzwalającej się z legendy i baśni, w którą w zgodzie z ówczesnymi wyobrażeniami literackimi starał się prawdę tę otulić. Gdy zacznie dokonywać przeglądu gospodarstwa kuźniczego, zrezygnuje jednak z baśniowego mitotwórstwa, powtarzanego zresztą za innymi, choć nie brak tutaj przetwarzania mitów rodzimych, za co do dzisiaj są mu wdzięczni badacze folkloru górniczego, zapomni także o ornamentach. Nagle stanie się nad wyraz rzeczowy i jak przystało na właściciela czy zarządcę kuźnicy przedstawi nam po kolei dobrze sobie znanych „dymarzy abo smelcyrzy", kowali, koszytarza i węgielników. Mówi, jacy oni powinni być i jacy są, pokazuje ich w pracy. Chłonie się to niczym film dokumentalny albo jak wykład rozumnego nauczyciela-praktyka w jakimś przeniesionym o kilkaset lat wstecz technikum hutniczo-górniczym, z podziwem przejmując całą prezentowaną nam wiedzę i dydaktykę społeczną mistrza dzieła kuźniczego. Jeśli ktoś choćby tylko w usytuowaniu tych scen, rozgrywających się na różnych stanowiskach pracy, nie dostrzegł poetyckości, jeśli ich dramaturgia wydałaby mu się zawiła lub nużąca, niech poszuka sobie innego zajęcia niż drążenie dzieł literackich. Na taką stanowczość możemy sobie pozwolić, bo sam mistrz Walenty nas do tego upoważnił rozpoczynając opis porządku gospodarstwa kuźniczego następującą zwrotką: Gospodarstwa w kuźnicy jeśli nie rozumiesz A z robotniki swymi rządzić się nie umiesz, Radzęć, abyś, niechająe kuźnice, w czas sobie O inakszej żywności myślił i o chlebie. Tę stanowczość cenimy sobie, bowiem z niej wynikały również wszystkie nakazy dyscypliny zawodowej. I cenimy sobie dumę tego kuźnika-poety, gdy w ostatnim rozdziale poematu przedstawia „własny konterfekt abo wyobrażenie żywota kuźniczego", słusznie przez Zbigniewa Zielonkę nazwany prezentacją całej grupy. Trzeba być bardzo dumnym ze swojego zawodu, by z taką hardością potraktować gapiów: Nie wiem, czemu się mojej tak barzo osobie Dziwujesz? Czyć sie moj kształt nie podoba tobie? Podobno, żem to czarny by sadzelnik jaki! Jestem kuźnik w tym kształcie, jak mię widzisz, taki. Ale z jeszcze większą durną wygłosi swoją pochwałę wolności: Więc też i o dobry byt, jakiego na świecie Ludzie pragną, tu w naszej nie pytaj się hucie, Bo widzisz, jako wszyscy ciężko pracujemy A przecię niedostatek i nędzę cierpiemy. Wszakoż zawżdy w wolności swojej, jaką mamy Z przodków swoich, acz w nędzy, wszyscy sie kochamy. Nią się tylko cieszymy, która naszej nędze Jest najwiętszą nagrodą, nie skarb, nie pieniądze! Parokrotnie mowa już była o pustyni literackiej, w której poczęło się dzieło poetyckie Roździeńskiego. Może jednak trochę w tym określeniu jest przesady? Wszak Officina ferraria potwierdza również i głębokie związki jej autora z polską kulturą literacką, upostaciowaną przede wszystkim w dziele Jana Kochanow¬skiego. Zbigniew Zielonka w swojej książce Śląsk: ogniwo tradycji nazwał autora Psałterza i Pieśni nieco przekornie, ale i z całą po¬wagą, pisarzem najbardziej śląskim, ponieważ był „najbardziej znanym, najbardziej popularnym poetą polskim na Śląsku przez całe stulecia". Prawdą jednak jest, że w regionie, w którym żył Roździeński i którego krainy, człowieka i pracę opiewał, był on mimo wszystko przykładem trudu samodzielnego, nie kontrolowanego ani przez związki towarzyskie, by już nie mówić o intelektualnych — z pisarzami, uczonymi, duchownymi — ani przez krytykę. Być może również i przez czytelników, dla których książkę tę stworzył w dumnym poczuciu swej poetyckiej niezbędności, przeko¬nany, że zostanie „między kuźnikami rozniesiona wszędzie". Trudno oczywiście dzisiaj sprawdzić jej recepcję. Entuzjaści, którzy nie wierzą w fatalistyczne oddziaływanie głośnego już w dawnych wiekach i niestety prawdziwego powiedzenia silesiaca non leguntur, rzeczy śląskich się nie czyta, gotowi są dostrzegać w całko¬witym jego braku w bibliotekach polskich, z wyjątkiem unikatowego egzemplarza gnieźnieńskiego, fakt kompletnego „zaczytania" poematu. Byłoby to piękne, gdyby można to udowodnić; ostatecznie zostawmy entuzjastów przy tym złudzeniu. Jest jednak w owej pustce literackiej wokół Roździeńskiego kilka słupów świetlnych, no, powiedzmy latarenek, które godzi się przypomnieć. Największą latarnią to biblioteka Kochcickiego i sama jego osoba, Andrzeja Kochcickiego, przedstawiciela dawnej szlachty śląskiej, w której długo utrzymywała się polskość. Najwięcej szczegółów przyniosła o nim Emmy Haertel, adaptując go, podobnie jak i Roździeńskiego, do niemczyzny w studium wydanym w roku 1940 w Lipsku Walenty Rozdzieński's polnische Bergmannsgedichte vom Jdhre 1612 und ihre Beziehungen zur deutschen Kultur. Badaczka niemiecka przyznała tutaj z żalem, że trudno prześledzić losy Kochcickiego ze względu na tragiczną zagładę rodu w wojnie trzydziestoletniej. Powodem był tutaj sam Andrzej Kochcicki, gorliwy protestant, który w wojnie tej zaraz na początku opowiedział się jako sojusznik powstania antyhabsburskiego w Czechach. Stanąwszy potem po stronie Szwedów, pozbawiony został przez cesarza Ferdynanda III tytułów i posiadłości Pojmany podczas ucieczki ze Śląska zmarł w więzieniu w Wiedniu. Zwłoki jego wprawdzie sprowadzono później do Koźla, ale nie pochowano ich, ponieważ były szczątkami buntownika przeciwnika kontrreformacji. Trumna jeszcze w roku 1730 znajdowała się w kościele w Koźlu. W ten sposób zaginął na Śląsku ród Kochcickich, zwłaszcza że niektórzy z nich przenieśli się do Polski. W wirach wojny trzydziestoletniej przepadło wiele fortun i nazwisk i gdyby nie Officina ferraria być może nikt by już nie wspominał o Kochcickim, nawet niemieccy badacze przeoczyliby ralkowicie jego istnienie. Jan Zaremba, (któremu przede wszystkim zawdzięczamy prace nad Śląskim Korbutem) sugerował, że Kochcicki był nie tylko protektorem Roździeńskiego, ale i inspiratorem poematu. Można przyjąć taką możliwość, zwłaszcza że Roździeńskiego wiązały z panem na Koszęcinie również innego rodzaju więzy; rodzina Brusków — takie było rodowe nazwisko Roździeńskiego — gospodarzyła na włościach Kochcickiego nad Małą Panwią. Kochcicki był protektorem nie tylko poety-kuźnika. Badacze, piśmiennictwa śląskiego mówią o kilku piszących skupionych wokół Kochcickiego i jego biblioteki. W tej konfraterni literackiej,. która zastąpić musiała Roździeńskiemu to, co ewentualnie posiadłby w Krakowie, co kilka lat później wytworzyło się w Kluczborku i Byczynie i co mógłby, gdyby pisał po niemiecku, mieć we Wrocławiu, on sam jedyny był człowiekiem całkowicie „wolnym"; to znaczy po przegranym procesie o kuźnicę roździeńską z dziedziczką klucza mysłowickiego Katarzyną Salomonową nie miał chyba stałego zajęcia. Uwikłany w kłopoty finansowe, choć jego interesów i statusu materialnego nigdy dokładnie nie poznamy, był z pewnością pieczeniarzem u Kochcickiego. Okazał mu za to wszystko wielką wdzięczność w obszernej dedykacji wydrukowanej w Officinie. Nie zapomniał tam wpraw-dzie przypomnieć, że na końcu poematu znajduje się również konterfekt kuźnika „jako ciężko pracuje, jak się z ogniem biedzi, jaki żywot mizerny a nędzny prowadzi", nie był to jednak wyrzut pod adresem magnata, gdyż: Tak ty sobie ludzkością swą ludzi hołdujesz Zawżdy, bo ją każdemu znacznie okazujesz. Nie brakujesz w osobach, lecz w równym sposobie Ubogiego z bogatym umiesz ważyć sobie. Do kręgu wokół Kochcickiego, jeśli pozostaniemy przy tym bardziej wymagającym pojęciu (Wincenty Ogrodziński w swoich Dziejach piśmiennictwa śląskiego wybrał skromniejsze określenie: grono literackie), należeli jeszcze Daniel Murovius, pastor i ewangelicki kaznodzieja w Koszęcinie, oraz Paweł Twardocus ze Strzelec, rektor szkoły w Lublińcu. Obaj byli epigramatystami. Paweł Twardocus wydał w roku 1636 w Oleśnicy - a więc już po śmierci Kochcickiego i po zgonie Roździeńskiego (chyba przed rokiem 1622) książeczkę z łacińskimi anagramami, którą w cytowanym tomie Śląskiego Korbuta nazywa się „swoistą presbiterologią śląską". Z pewnością lgnęło do Kochcickiego z dala więcej piszących ludzi, miłośników piśmiennictwa i sztuk, ta czwórka jednak, związana nadto wspólną religią, żyła blisko siebie i ona także złączyła ,się z losem powstającej Officiny. Murovius i Twardocus czytać musieli poemat jeszcze przed jego drukiem, skoro znalazły się w nim potem dwa ich łacińskie epigramy wychwalające utwór. Podzielili chyba między siebie zadania, dające w ten sposób mądrą i różnorodną ocenę dzieła. Murovius zwraca się do przyjaznego czytelnika, zalecając mu lekturę, aby to „doskonałe dzieło" dało mu wiedzę o dziejach i pożytkach rudy. Vale, żegnaj — kończy elegancko swój krótki, trochę reklamowy epigramatyczny list. Twardocus kieruje swój epigram do autora i ponieważ pośrednio jest to jak gdyby pierwsza recenzja jego dzieła, określająca przy tym również stosunek epigramatysty do ówczesnej literatury (może jest w tym jakiś ślad ich wspólnych rozmów o celu pisania?), godzi się tutaj zdania te przytoczyć w całości w polskim przekładzie Jerzego Łanowskiego za edycją krytyczną z roku 1962: „Różnych różne rzeczy cieszą i nie wszyscy poeci jedno mieli staranie, aby na jeden temat pisać. Ten śpiewa »czyny i męża«, -ów opiewa tytuły możnych, inny wynosi pod gwiazdy sławę wielmożów, bardzo wielu chwali słynne miasta ze starymi murami i. świetne domy w słynnej stolicy; są tacy, którzy trudnią się tylko przyozdabianiem pieśniami wesel i wspaniałych pogrzebów i rodzaju heroicznego. Ciebie jako poetę wiedzie twoja Kalliope ku lepszym zamiłowaniom i ona to sprzyja twoim zamiarom. Bo kiedy przypominasz, kto pierwszy począł kuć żelazo, i uczysz o jego |żelaza] zaletach - wtedy, Roździeński, tyleż twoja przesławna cnota unosi cię w przestworza i skrzydło geniuszu dźwiga z ziemi, ile z pomocą Muz i Apollina traktujesz dzieło szlachetne i dla rodu ludzkiego pożyteczne". Obaj nie zapomnieli obok swoich nazwisk dodać, że są Ślązakami. Jan Kudera w swym szkicu Walenty Roździeński, sławny mistrz i autor książki o hutnictwie śląskim w XVII wieku twierdzi, ze słuchamy poety z rosnącą ciekawością z chwilą, kiedy od dziejów hutnictwa w obcych krajach przechodzi na swój rodzinny Śląsk; tym samym jak gdyby pragnął powiedzieć, że poprzednie partie poematu nieco nużą. Stanisław Rospond w swoich Dziejach polszczyzny śląskiej jest dokładniejszy: wylicza on 900 wierszy jako zawierających partie przyciężkawe, jak pisze, i około 1250 wierszy, przynoszących „realistyczne, na żywo i bezpośrednio odtworzone obrazy twardego trudu kuźniczej braci". Trudno się z tymi podziałami zgodzić, choć rzeczywiście partie rodzime wydają się nam bliższe nie tylko w sensie emocjonalnym. Poemat Roździeńskiego jest urzekający w swej kompozycyjnej całości, mimo iż ów schemat kompozycyjny nie jest z pewnością wynalazkiem poety, poczynając od łacińskiego motta pomieszczonego na okładce. Przy wyborze motta posłużył się Roździeński Księgami Hioba z biblii. Z rozdziału XXVIII wynotował trzy wiersze: pierwszy - ,,Ma srebro początki żył swoich: i złoto ma miejsce, gdzie je spuszczają"; drugi - „Żelazo z ziemie biorą: a kamień od gorącości rozpuszczony w miedź się obraca"; szósty - „Miejsce Saphiru kamienie jego, a bryły jego złoto". Tylko to mu było potrzebne dla określenia tematu -nie pochwała mądrości boskiej, której ten rozdział Ksiąg Hioba jest poświęcony. Dokonał więc świadomego wyboru, który wyraźnie określa realistyczne ramy poematu. Zaraz pierwsze partie poematu ukazują nam znakomitego liryka. Opisując herb „zacnej famiłiej" Kochcickich z uwagi o znajdującej się w nim czapli czym właśnie malowniczą dzającą jego liryczne upodobania, dygresję zrodzoną z dobrych obserwacji przyrody i samego ptaka: Na czas zły dla pokoju czasem też uchodzi W lasy wielkie na wiosną, kiedy mu przychodzi Czas lągnienia; tam sobie mocno gniazdo wiąże W wierzchu na wielkim drzewie, w którym dzieci ląże. Jest w nim taka opatrzność, iż skoro poczuje, Ze gwałtowna nawalność deszcza następuje, Barzo prędko nad obłok w gorę wylatywa I tak się nawałności więc każdej ukrywa. Jednak przedtym, kiedy ma nastać niepogoda, Tedy spiesznym lataniem swym ją opowiada. A jeśli sie też z lekka gorą przelatuje, Tym wesołą pogodę nastać obwieszczuje. Jakkolwiek ów trzynastozgłoskowiec z nie zawsze formalnie umiejscowioną średniówką i nie zawsze trzymający się normy kuleje od czasu do czasu nadmiernie — dobrze w końcu spina i zamyka obrazy, podsuwane przez obserwację i plastyczną wyobraźnię poety. Dla przykładu wystarczy odczytać wiersze, które są poetycką transkrypcją odpowiednich fragmentów czwartego rozdziału Genesis. z Biblii. ,,I wyszedłszy Kain od oblicza Pańskiego — czytamy w Biblii — mieszkał wygnańcem na ziemi ku wschodowej części Eden. I poznał Kain żonę swoją, która poczęła i porodziła Henocha: i zbudował miasto, i nazwał imię jego od imienia syna swego Henoch". Jak słowa te przepisuje na swoje pisorymy kuźnik Walenty Roździeński? Czytamy zatem: Gdyż zaraz po wygnaniu z raju Adamowym Mieszkali na podgórzu naprzód Libanowym Jego wszyscy synowie, tam gdzie był zbudował Kain miasto, w ktorym się z swym potomstwem chował. Ktore na imię własne Hanoch syna swego Nazwał, iż się urodził jemu czasu tego, W który naprzód to miasto zaczynał budować I stąd je Hanochiją rozkazał mianować. O rymach poematu niemiecki slawista Max Vasmer opublikował w roku 1935 krótką, niespełna dwustronicową rozprawkę. Sugerował on — porównując niezbyt dokładne rymy, odległe nawet jako asonanse — by przełożyć poemat na odpowiedni dialekt śląski Słusznie napisał potem Roman Pollak że „transportowanie na gwarę śląską z początku 17-go wieku --- to zbyt ryzykowne przedsięwzięcie". Zresztą — byłoby to z pewnością również niezgodne z zamiarem autorskim. Roździeński napisał swój utwór literacką polszczyzną, jaka była mu znana i jaka zapewne znana była ludziom z jego kręgu społecznego. Pisał więc językiem powszechnie zrozumiałym, skoro tak bardzo pragnął, by książka la trafiła do kuźników. Stanisław Rospond wysoko podniósł rangę owej polszczyzny twierdząc, iż jest ona taką, jaką „posługiwali się pisarze doby Zygmuntowskiej", „Lektura tych pisarzy, zwłaszcza Kochanowskiego, wygładziła te dialektyzmy fonetyczne (ma-zurzenie, szeroką wymowę), które z pewnością były właściwe mowie autora". Ślady owych dialektyzmów fonetycznych napotyka¬my właśnie w zestawieniach rymów —- ta specyfika poematu jeszcze lepie] osadza go w nasze] świadomości historycznej i kulturowej. W licznych miejscach poematu dostrzegamy opisowe partie dużej urody. Działają one na nas nie tylko dlatego, iż czas odsunął je w daleką przeszłość, zawsze cenioną jako miara dalszego roz-woju i jego osiągnięć — mają one dla nas również świeży, nie-zatarty blask poetycki. Niewiele zmieniła się nasza polszczyzna li-teracka, skoro dwuwiersz Roździeńskiego, brzmiący: Wszakoż tam, kędy były zasiadły kuźnice, Piaszczyste jest i rudne, nieurodne miejsce mógłby się znaleźć u samego Żeromskiego, który w Ludziach bezdomnych spotkał się z podobnie rozdartą sosną. W wyłącznie funkcjonalnym opisie wyspy Wulkana Roździeński prezentuje dokładność i akuratność, imając jednak świadomość plastyczne] niezbędności. To samo można powiedzieć o jeszcze bardziej funkcjonalnym opisie wypalania rudy. Gdy poeta powie: A tam zaś mają piece wielkie i przestrone, Wysokie jak kominy, na czworgrań lepione --kużnik fachowiec nie pokłóci się z poetą, przeciwnie jeden drugiego uzupełnia, prosty opis zyskuje poetycki polot, lokowany bezpiecznie w wyobraźni czytelnika przy pomocy jednego (czworgrań), obiegowego zresztą podówczas porównania. W tym kręgu doznań, obserwacji i fascynacji mieści się także obraz kuźnicy bruskowskiej, jakby ze starych miedziorytów lub litografii (np.Knippła), które i późniejsze huty tak właśnie przedstawiały: Ktorą, jako jest stara, to z samej żużele Poznać może, której tak w niej leży wiele, Że i huty nie widać przed nią z jednej strony, Tylko iskry, gdy lecą wierzchem przez kominy. Najcenniejsze w poemacie są te wszystkie poetyckie fragmenty, które dotyczą pracy, jej form i jej pożytku dla człowieka, które ją po prostu nazywają tak, jak nikt jej przedtem w literaturze polskiej nie nazwał, tym więcej, iż sam jej rodzaj był tematyczną egzotyką naszego piśmiennictwa. Wszędzie tam, gdzie czytamy o pracy, Roździeński okazał się nie tylko wybornym jej znawcą, ale i jej apologetą, mimo iż narzeka na ogromny wysiłek człowieka, nie po to zresztą, by się miał zamiar wyzbyć tej ciężkiej roboty. Pochwała zawodu widoczna jest nawet w doborze słów, w ich bogactwie, w ich specyficznym nagromadzeniu w poszczególnych partiach poematu. Nikt przed nim i nikt po nim nie użył na przykład tylu określeń dla zwykłego żelaza. Jest ono dla niego krewkie, niepowarne i powarne na przemian, nad obyczaj barzo dobre, takie, co w piecu tęgo i twardo usiędzie, zwarne i mocne — a przy tym nie wynotowaliśmy tutaj wszystkich pojawiających się w poemacie żelazistych epitetów. Dodajmy jeszcze, iż żelazo ma dla Roździeńskiego godność, czyli dostojeństwo, co brzmi zarazem tkliwie i z szacunkiem, toteż nie należy się dziwić, iż „mocą swoją w cnocie a w godności każdy metal na świecie przechodzi". Gdy żelazo przewodzi w cnocie i godności — ruda to znowuż metal „na świecie między wszystkimi metalami najprzedniejszy". Ruda, co w wodzie leży, mogłaby się — twierdzi Roździeński — dzięki swej cnocie (tu: zaleta) nazywać złotnicą. Inna „barzo plenna jest w żelazo". „Żółta i drobna jest w ziemi krakowskiej, ruda nadzwyczaj dobra na gruncie jeleńskim". Nie wiadomości fachowe Roździńskiego są tutaj dla nas, dzisiejszych czytelników poematu najważniejsze, nie zasób jego zawodowych doświadczeń, lecz kształt słownopoetycki, w jakim podał te wiadomości czy nawet ulotne tylko informacje o miejscach pracy wraz z całym katalogiem polskich nazw miejscowych. Kruszec dlań jest litocały lub śrebrny, za to dzieło misterstwa jawi mu się jako złote, co jest nie samą tylko dosłownością. Kuźnice są kunsztowne, a kuźniki misterne, praca jest kunsztem żelaznym lub kunsztem dzieła ogniowego, górnicy to naród cyklopski, co możemy przyjąć w tym samym zabarwieniu uczuciowym, w jakim na progu XX wieku pojawiła się w naszym języku robociarska brać. Jest w tym trochę patosu, ale szczerego, nie jest jednak przy tym Roździeński ani przez chwilę skłonny do sielankowych tonów, na jakie nastroił swoje gęśliczki Krzysztof Winter. Uczestnik ówczesnych nadzwyczaj mozolnych procesów produkcyjnych, świadom ,,znoju upalonego", gdyż sam się imał różnorodnych prac w swojej własnej kuźnicy, nie siedząc za kantorkiem, jakby to sobie wyobrażali później mieszczanie, mógł w imieniu wszystkich powiedzieć: A my chodzim jakoby głownie ogorzałe Mając włosy na głowie i brodzie niecałe. Ten konterfekt własny albo wyobrażenie żywota kuźniczego składa się z mocnych słów oskarżycielskich, chociaż w innym układzie społecznym i zawodowym żył kuźnik śląski, „zawżdy w wolności swojej"; dlatego też nie ma tutaj owych gorzkich żalów z Zericów Szymonowicza, gdy słyszało się jedynie ustawiczne poganianie: „Pożynaj, nie postawaj". Nie przymus pracy, a jej godność, co się równa godności człowieka, jest Roździeńskiemu nakazem. Dlatego tak nie cierpiał nierobów lub psowaczy,. świadom tego, że szkodzą nie tylko sobie, ale i całej kuźniczej społeczności. O różnych psowalach, zerwimniszkach i morzydymach wiele ma do powiedzenia w rozdziale o węgielnikach — czytając te zwrotki czujemy się nieomal przeniesieni w czasy nam współczesne, w których nie brakowało i nie brakuje narzekania na różnego rodzaju „obiboków". Jeden zatem ,,będzie jakoby Barnardyn pokorny a wewnątrz łotr wyrudny i matacz wyborny". Trzeba go mieć na wodzy: „Nie dać mu (niechaj robi z drugimi) próżnować". Inni z kolei: ... w tym cechu ., co sie smykają Po kuźnicach, a nigdziej długo nie mieszkają, Bo takiemu każdemu ciężko robić bywa, Przeto też wiele panów więc do roku miewa. Narzeka także na łotrów, którzy zamieniają węgiel dobry na zły. by mniej się go włożyło do kosza: Godni z takim kurzeniem węgla szubienice Tacy zdradni węglarze, abo do kuźnice Odkażania, by drudzy nimi sie karali I takiego szkodnego węgla nie działali, Które namniej nie grzeje w piecu, tylko pała Jako drwa przesuszone. Toteż na koniec powiada: Trzeba sie strzec takiego zawżdy morzydyma, Niech między robotniki ani miejsca nie ma, Aby z niego nie brali wzoru do niecnoty I takiej nie robili, jak i on, roboty. Surowe wymogi ma u Roździeńskiego etos pracy; pojawił on się już w Ordunku Gornym, prawie górniczym z roku 1528, ustanowionym przez księcia opolskiego Jana i znanym Roździeńskiemu. W zrozumieniu społecznych skutków pracy poszedł autor Officiny dalej od Mikołaja Reja, zapewne mu znanego jako autora „O poćciwej pracy a o próżnowaniu", skąd dowiadujemy się raczej o szkodzie własnej nieroba: Cóż ma darmoleg, co na piecu dyszy? Jedno wszy wełbie, pod kołnierzem myszy. Wzorem epoki i obowiązujących konwencji poetyckich przemieszał Roździeński imity i legendy z własnymi rzeczowymi obserwacjami, z lirycznymi uniesieniami, mieszczącymi się doskonale w surowych ramach realistycznego zapisu. Kompozycja i struktura poematu wydają się być dokładnie przemyślane. Jest zatem pewna konsekwencja w natężeniu lub przyciszaniu tonu, są miejsca na wytchnienie, gdy nagle po informacji „o rudach, kruszcach kamieniach drogich, które na niektórych miejscach w księstwie ląskim w ziemi najdują", prowadzi nas do siedzib duchów górkich, w królestwo demonów — i, jakby sam tego nie traktował całkiem poważnie, od razu, bez istotnego powiązania, przedstawia nam z dydaktycznym zamysłem ów i Słynny porządek gospodarstwa kuźniczego, traktatowo ujęty opis budowy i naprawy kuźnie, naukę kurzenia węgla, dęcia i kowania żelaza. Zamierzał napisać poemat dydaktyczny, miał do tego prawo jako mistrz dzieła kuźniczego, nie mógł więc pominąć tych elementów mitycznych, które towarzyszyły trudnej i niebezpiecznej pracy kuźniczo-górniczej — a towarzyszyły, dobrze o tym wiedzą folkloryści, wraz że Skarbnikiem i Pusteckim czy Zabrzeskim, aż po próg XX wieku. Obrazowanie Roździeńskiego, mimo rozczytania się w autorach antycznych i współczesnych sobie fachowych traktatach zawodowych, odpowiada wyobraźni ludowego poety, powierzchownie tylko jak gdyby ocierającego się o półki biblioteczne. Sprawiło to intymne niejako obcowanie z ludźmi pracy, tutaj tak barwnie odmalowanymi. Sprawiło to również -mimo wszystko — literackie odosobnienie Roździeńskiego; środowiska nie mógł mu zastąpić krąg wokół Kochcickiego, gdzie sam mecenas, miłując piśmiennictwo i sztukę, zajmował się jeszcze polityką, której padł ofiarą, i gdzie dwaj epigramatyści mieli sporo swoich zawodowych kościelno-edukacyjnych zajęć, wskutek czego i mało czasu na literaturę. Zmuszony został - co ostatecznie nie zaszkodziło jego poematowi, przeciwnie, uczyniło go bliższym rzeczywistości - do stałej konfrontacji swoich lekturowych wiadomości z obserwacją świata zewnętrznego, owego kuźniczego mikrokosmosu, żyjącego niemal w izolacji od wielkich wydarzeń politycznych epoki. Roździeński w poemacie swoim nawiedza świat, w którym sam na co dzień żył. Choć straszył swoją wierzycielkę i oskarżycielkę Katarzynę Salomonową, że czmychnie do Korony Polskiej, co przyśpieszyło jego aresztowanie, niełatwo mu się było rozstać z rodzinną ziemią. Miał tu zresztą i własną rodzinę, o której niewiele wiemy, jak nie znamy nawet jego rysów, nikt nie był łaskaw przekazać jego wizerunku, choć u Kochcickiego przebywali chyba od czasu do czasu malarze. Do tej rodziny zapewne powrócił, już po śmierci Salomonowej w roku 1614, do rodzinnego Roździenia, dziś przedmieścia Katowic. Jan Kudera powiada, że miał życie burzliwe, tymczasem na tle epoki to istny gołąbek. Chwilami tylko bywał raptusem, gdy wydawało mu się lub gdy rzeczywiście tak się działo, że coś ograniczało tę jego ukochaną wolność. Można by raczej powiedzieć, posiadając zresztą tylko skąpe o nim dane, że był to żywot dość smutny. W istocie i sam poemat jest smutny, choć tak męski w opanowaniu, bez pozy, ale i bez sentymentalizmu; skoro postanowił wziąć pióro do ręki, nie umiał kłamać życiu, ani swojemu, ani żywotom tych współbraci kuźników, w których imieniu przemawiał. Tego smutku nie zdoła przytłumić lub osłabić nawet owa duma zawodowa, przecież jednak pozbawiona wszelkiej krnąbrności, domagająca się posłuszeństwa w pracy i sama sobie narzucająca surową dyscyplinę. Z licznych dygresji, zawierających celne i świeże opisy przyrody, krajobrazowe etiudy, liryczne przerywniki, refleksyjne pytajniki, można wynieść przekonanie, że był z natury lub mógłby być tęgim lirykiem, gdyby się był poważnie zajął pisarstwem. Ale może nie starczyłoby mu talentu, chociaż w wierszu na wymyślony dla swego rodu herb Serdecznik powiada: Fortuna, acz jest zdradna, ale serce śmiałe Wzgardziwszy nią, kusi sie o rzeczy niemałe. Autor unius libri okazał się poetą zdyscyplinowanym. Wytrwał w swym dydaktyczno-opisowym zamiarze, po to przecież pisał ten poemat, do ostatniej strofy nie odstępując od wyznaczonych sobie dyspozycji, do owej pochwały ,,starszego między sobą mistrza", wybieranego przez kuźników obywających się „bez przy¬sięgłych ławników, wójta i burmistrza". Niezmiernie zyskał obraz literacki Śląska i ziem przyległych, które dla poety stanowiły jedność społeczną, wspólny organizm zawodowo-kuźniczy: od siedmiu kuźnic nad Małą Panwią na zachodzie, od Starej Kuźnicy nad Kostrzynką na północy, po trzy niweckie kuźnice („które w Polszcze najsławniejsze były") na Czarnej Strudze na wschodzie i wreszcie po te leżące ,,w państwie pszczyńskim" na południu, aż po ową najbliższą mu Kuźnicę Roździeńską nad Roździanką, później Rawą. Czy był naprawdę pisarzem? Czy nie został nim tylko z przypadku, z łaskawego zrządzenia tak niełaskawego mu losu? Jeśli nawet z przypadku, okazał się on cenny dla literatury polskiej, jeśli ze zrządzenia losu, była to szczęśliwa odmiana w jego życiu, zważywszy przypływ tak spóźnionej niestety sławy. Dworska poe¬zja niemieckiego baroku, zrodzona we Wrocławiu, choć taka kształtna i wyrafinowana, zyskała w poemacie Roździeńskiego swoją plebejską antytezę. Niech nie wzruszają ramionami estetyżujący poszukiwacze klejnotów poetyckich, by ozdabiając nimi szaty narodu uczynić go piękniejszym i bardziej podniosłym du¬chowo: dla Roździeńskiego najwspanialszym sznurem klejnotów były kryształki rud. Bo i to miał jeszcze do powiedzenia o materii, z którą wraz ze swoimi kuźnikami na co dzień obcował: Metal taki kosztowny, przez który żywności Dostawszy mieszkając w tej ziemskiej niskości. Proste to, może nawet nie wymagało tej skromnej poetyckiej oprawy, gdyż jako hasło zawsze jest przydatne. Co by się stało, gdyby Officina ferraria na trzysta przeszło lat nie zaginęła tak dotkliwie? Czy mogła, w coraz ostrzejszej konkurencji z doskonalszymi choć odmiennymi treściowo utworami poetyckimi, spełnić jakąkolwiek rolę społeczną, utrwalić się w świadomości społecznej? A może podzieliłaby los wielu innych rzeczy śląskich, które w tymże samym co ona wieku się ukazały i które potem, w wieku XIX już, z ludowego wyrastały podłoża, użyźnionego przez oświatową orkę, z potrzeby języka i serc się rodziły? Gdyby jednak odkryto ją, w tym samym klocku przechowywaną, już w czasach, kiedy powoływano się na pracę organiczną i na nowo szerzono kult pracy, tak potrzebnej narodowi do przetrwa¬nia? Tyle pytań; można by i spróbować dać na nie odpowiedź, być może jednak niezbyt korzystną dla Officiny. Przepadały w pamięci Polaków i wygnane zostały z pamięci historyków piśmiennictwa inne utwory, lepsze w swych formach artystycznych i nie mniej doniosłe ukazujące prawdy, dlaczegóż by miano mieć szczególne względy dla Officiny? Gdyby się była na nowo objawiła, może uznana zostałaby jedynie za ciekawostkę godną felietonu Bolesława Prusa na łamach „Kuriera Warszawskiego", autora, który pilnie zerkał w okolice nad Przemszą. Ostatecznie nie zauważono, jak to powinno się było stać, poematów Norberta Bonczyka, którym jednorazowy hołd oddano pod koniec II Rzeczypospolitej, ale też tylko na Śląsku, mimo iż obcho¬dom setnej rocznicy urodzin autora w roku 1937 patronowała Polska Akademia Literatury. Silesiaca non leguntur — jakże długi żywot zyskała ta maksyma. Prawda i to, że oderwanie Śląska od Polski na długie wieki przeorientowało i politykę polską, i edukację narodową. Nie wiedziano zbyt wiele, co się na Śląsku dzieje, potem zaś, gdy mimo wszystko przetrwał tutaj lud wraz ze swoim macierzystym językiem, podziwiano wprawdzie jego prężność i żywotnośćs ale większych skutków to nie miało, dopóki lud śląski w trzech powstaniach sam nie upomniał się o powrót do Polski. Między drugim i trzecim powstaniem odbył się na Górnym' Śląsku plebiscyt. W. rodzinnym Roździeńskiego Roździeniu' za Polską opowiedziało się w nim 3396 głosujących, za Niemcami 2671, co było już wynikiem presji germanizacyjnej osiadłego tu i gęsto rozbudowanego przemysłu niemieckiego, zarazem jednak miarą kosztów, jakie polski Śląsk ponosił przez wiekowe oderwanie od Polski. Roman Pollak wzdychał w kilkanaście lat później: szkoda, że poematu Roździeńskiego nie udało się odkryć wcześniej, jakiż byłby to dla Ślązaków argument plebiscytowy, zwłaszcza że niemiecka propaganda plebiscytowa nie tylko odmawiała Polakom kultury, ale i twierdziła, iż cały przemysł na Śląsku stworzyli Niemcy. Rożdzieński przewracał się zapewne w grobie - ba, gdybyśmy w ogóle wiedzieli, gdzie jest ten grób. Kiedy archiwariusz i bibliotekarz Kapituły Metropolitarnej w Gnieźnie, ks. Leon Formanowicz, odkrył w roku 1929 klocek z Officiną, od razu pojął jej wartość. W roku 1931 czytelnikiem poematu stał się Roman Pollak. Ostrożnie, planując jej wydanie, donosi Formanowiczowi, że ,,w świecie naukowym będzie to do pewnego stopnia rewelacja". Ponieważ jednak nie można było znaleźć ani społecznego ani prywatnego wydawcy, Jan Kuglin, będący już w kontakcie z Romanem Pollakiem, sugeruje, by zwrócić się o pomoc materialną do Katowic. Zawiodły jednak i te nadzieje, wobec tego obaj wielcy protektorzy Officiny wydają ją we fragmentach w Poznaniu w roku 1933 całkiem prywatnie, ale z pomysłu Kuglina, wybitnego typografa i bibliografa, bardzo pięknie. Jednakże rewelacji nie było; według informacji Jana Kug¬lina w ciągu roku nie sprzedano ani jednego egzemplarza ze złożonej w depozycie części nakładu w znanej poznańskiej księgarni. Dopiero krytyczne wydanie {w opracowaniu Romana Pollaka) w katowickim Instytucie Śląskim w roku 1936 udostępniło pełny tekst opinii publicznej, w tym i naukowej. Ponad sto przedwojennych rozprawek, recenzji, omówień i wzmianek odnotowuje bibliografia w tomie Roździensciana. Rozpiętość ich jest ogromna, skala ocen dość zrównoważona, choć i tutaj znajdujemy niespodzianki. Dziennikarz poczytnego katowickiego dziennika, stojącego blisko wojewody Michała Grażyńskiego pisze, iż Rożdzieński „wyprzedził Marxa, Engelsa i Lassala jako propagator nowej ideologii w społeczności ludzkiej, wyśpie¬wał najpiękniejszy pean o kuźniku przed Gładkowem, Laszką, Bachmietjewem". Zaś na drugim, poważniejszym froncie komentatorskim wielki polski uczony Aleksander Bruckner krótko odnotowuje: „świetny treścią nikły formą wykład hutnictwa śląskiego", by dopiero, może wskutek ożywionej działalności publicystycznej Emmy Haertel, usiłującej zamknąć Roździeńskiego wyłącznie w klatce niemieckich tradycji i niemieckiego oddziaływa-, nia, napisać w roku 1939 w swojej Encyklopedii Staropolskiej, że „może się jednak poszczycić Śląsk czymś, czego ani Czesi, ani Niemcy w językach ojczystych nie posiadają [...]. Rożdzieński, Polak, górnik zawołany, opisał po niezbędnych przyprawach mitolo¬gicznych i zapożyczeniach z łacińskiego dzieła Agricoli dzieje górnictwa śląskiego i powymieniał robotników, ich zadania, trudy i szalbierstwa [..]". Można było odetchnąć, skoro tak stanowczo podniósł rangę narodową poematu papież dziejów piśmiennictwa staropolskiego, w dodatku kolega uniwersytecki w Berlinie profesora Maxa Vasmera, który w roku 1940 w serii kierowanego przez siebie Slavisches Institut wydał antypolską interpretację Emmy Haertel. Po drugiej wojnie światowej, choć dwukrotnie wydano Officiną (1948 i 1962), choć kilkaset już pozycji wykazała bibliografia Roździeńskiego i odbyły się równie uroczyste, co poważne sesje naukowe, nie spełniła się zapowiedź Renardy Ocieczek (w „Kwartalniku Opolskim", 1969), że pierwotny entuzjazm towarzyszący odkryciu Officiny był zapowiedzią niezwykłej „kariery" staropolskiego tekstu. Mimo iż istniała całkowita zbieżność zarówno treści poematu, jak i jego dydaktyki społecznej, z praktyką, która zaczęła ciążyć również nad obowiązkami literatury (zwłaszcza w latach pięćdziesiątych, ale i później, w okresie propagowania tak zwanego tematu pracy) — poemat Roździeńskiego był wciąż jeszcze swego rodzaju bękartem w pałacach literatury, tolerowanym, ponieważ ukazywał wzniosłość i godność pracy, rozumianej tak na nowo dopiero przez Norwida. Z pewnością utwór istniał nadal jako tekst laboratoryjny, jako bezcenny rarytas dla historyków przemysłu, folklorystów, językoznawców, nawet mineralogów, ale w końcu, zacytujmy za Zbigniewem Zielonką, ,,po wylaniu dziecka z kąpielą nie znajdziemy tej pozycji nawet w programie studiów polonistycznych, przygotowanym przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego i Techniki, nie umieszczono jej nawet w spisie lektur zaleconych na kursie literatury staropolskiej"! A więc co? Z powrotem do klocka? Bądź co bądź na honorowe miejsce, gdyż Ojficina była w nim pierwszą pozycją, Zapomniano o jej poetyckości, stwierdzono bowiem i wielokrotnie to potem powtarzano, że nader liche to pisorymowanie. Jeśli nawet same rymy są chropawe -czyżby takich w ogóle w poezji staropolskiej nie było? - nie trzeba ich stale przeciągać przez uczone liczydło, ponieważ między rymami nadal pulsują źródełka wzruszeń. Jak do nich dotrzeć? Zacytujemy dla poucze¬nia raz jeszcze Goethego: „Wer den Dichter will verstehen, muss ih Dichters Lande gehen". Okolice odnajdziemy te same co w Officinie, choć odmienione, praca wcale nie jest łatwiejsza, chociaż wspomagana przez nowoczesne mechanizmy - i czy w hutach nie ma już „czarnych sadzelników", czy zastąpili ich może jacyś dżentelmeni w białych kołnierzykach? Sam zaś Walenty Roździeński, jeśli pozostanie nawet tylko jako hasło encyklopedyczne - dla tych, którzy posiadają wyobraźnię, może stać się czymś więcej niż dostarczycielem rymów dla profesjonalnego liczydła. Niepewna jest data jego narodzin (około 1560), nie wiadomo, kiedy zmarł (według Jana Kudery mógł mieć około sześćdziesiątki) ani gdzie został pochowany. Nie ma także jego wizerunku, poza poetyckim podczas pracy w kuźnicy, który sam sobie stworzył. Oglądaliśmy pilnie przed kilkoma laty słynną krakowską wy-stawę „Polaków portret własny" i niejednego przedstawionego tam waszmościa chętnie pokochalibyśmy mocno, gdyby był podobny do mistrza Walentego, ale niestety nie wiemy, jak on wyglądał. Możemy przynajmniej zrekonstruować jego strój cywilny, bo roboczy już znamy. Ale i z tym roboczym jest kłopot, jeśli mamy się o jego wyglądzie przekonać jedynie na przykładzie drzeworytu z pierwodruku Officiny. Widać tutaj kuźnika podczas pracy, ale bosego. Musimy to jednak wybaczyć nieznanemu drzeworytnikowi, przypominając sobie, że w latach pięćdziesiątych naszego wieku poczta polska wytłoczyła w wielomilionowym na-kładzie znaczek pocztowy, na którym jakiś zapiekły widocznie mieszczuch przedstawił boso... rolnika kosą żnącego żyto. Wróćmy jednak do stroju świątecznego naszego bohatera, bo chyba taki posiadał, skoro tak często bywał w pokojach pałacowych hrabiego Kochcickiego. Szukając wzorów na Górnym Śląsku, przyjrzeliśmy się płycie nagrobnej z kościoła w Kozłowie pod Gliwicami. Jest w nią wrzeźbiona postać prawdopodobnie Marcina Kozłowskiego, szlacheckiego rodu (herby wokół głowy), rycerzem zwanego w historycznych o nim wzmiankach. Żył w tych samych czasach co Walenty Roździeński. Niechlujne szarawary tkwią w rurkowatych butach, pod kontuszem z wylotami widać krótki żupan, na piersiach złączone dłonie trzymają książeczkę do nabożeństwa. Iście słowiańska broda i wąs na szerokiej, sym¬patycznej twarzy dodają tej postaci coś swojskiego i wzruszają¬cego. Podobnie jak drzeworytnika z Officiny, również i tego rzeźbia¬rza uznać można za naiwnego prymitywistę. Na koniec krótko o Romanie Pollaku, którego wysiłek edytor¬ski i badawczy oraz entuzjazm w dużym stopniu przyczyniły się do spopularyzowania Officiny. Interesujące jest jedno z pierwszych jego wyznań osobistych, wiążących się z pracami nad Officiną. W liście do ks. Formanowicza z 22 grudnia 1931, zatem już po otrzymaniu od niego poematu, pisał: „Zajmę się nim bliżej ze stanowiska historyczno-literackiego. Poza tym nęci mnie on też dlatego, że ze śląskiem wiążą mnie bliskie sympatie jako Podhalanina z rodu oraz stąd, że na Śląsku Cieszyńskim pracowałem przez lat kilka bardzo intensywnie jako profesor gimnazjalny w Orłowej [...]". Zaolziańska Orłowa posiadała od roku 1909 jedyne polskie gimnazjum (prywatne typu realnego), założone przez Macierz Szkolną Księstwa Cieszyńskiego i Towarzystwo Szkoły Ludowej w Krakowie; Roman Pollak uczył tu młodzież polską z Zaolzia w latach 1911-1914. Z losami Ojficiny związał się tak mocno, że kiedy podczas okupacji niemieckiej, znalazłszy się w Warszawie, miał wykłady dla uczniów w szkole polskich inwalidów na terenie Szpitala Ujazdowskiego, w szkole rybackiej prof. Staffa i w szkole rolniczo-ogrodniczej, oraz, przede wszystkim, dla słuchaczy na tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich w zakresie polonistyki - wszyscy oni z Officiną (na marginesie egzemplarza przybywały mu wciąż nowe dopiski) i z Roździeńskim zaznajamiali się w ramach „polskiej korespondencji handlowej", który to przedmiot tolerowany był przez władze okupacyjne w nielicznych namiastkach polskie¬go szkolnictwa. Roździeński jako pomost między udręczoną War¬szawą i nie mniej udręczonym Górnym Śląskiem, mającym zostać doszczętnie zgermanizowanym -jakaż to szansa lekcji polskości poprzez wieki. „Czuję się szczęśliwy, żem do tego ocalenia [poe¬matu] przyłożył rękę" -będzie mógł ze wzruszeniem napisać w roku 1947. W rok później na łamach „Zarania Śląskiego" postulował, by pojawiła się tablica pamiątkowa na jednej z hut, by nazwano imieniem Roździeńskiego jedną ze szkół hutniczych i by w miejscu urodzenia, w Roździeniu, stanął pomnik mistrza Walentego. Podobnie już przed wojną Ludwik Musioł proponował go jako patrona ulic w miastach i osadach śląskich. Taką ulicę posiadł on wreszcie w Katowicach, reprezentacyjną, biegnącą przez tereny, którym za czasów Rożdzieńskiego patronowała kuźnica bogucka; przypomnijmy, że matka jego, Sychówna, pochodziła z kuźników boguckich. Z biegiem lat, kiedy Officiną zdawała się już być wyeksploatowana przez zainteresowanych nią badaczy różnych dyscyplin, również i Romanowi Pollakowi nie wystarczyły narzędzia tradycyjnej polonistyki. W ostatniej swojej książce Wśród literatów staropolskich zwraca uwagę na poetyckość utworu, przypominając sugestywną ewokacją obrazów, sytuacji i postaci. Podkreśla, że Własny konterfekt abo wyobrażenie żywota kuźniczego jako człowieka ciężkiej, fizycznej pracy, rozmiłowanego w swoim zawodzie - „jest w naszych dziejach aż po Norwida zjawiskiem niesłychanym i w swej najgłębszej istocie wprost rewolucyjnym". Przyznaje też mistrzowi Walentemu odrębne, nowatorskie stanowisko w naszej kulturze społecznej i w naszym życiu literackim. Kto tak blisko przez kilkadziesiąt lat obcował z tym poematem, miał prawo mówić i o nowatorstwie utworu i o jego nowoczesności „przez wywyższenie człowieka pracy rozmiłowanego w swym zawodzie i w swej wolności osobistej", sam zaś Roździeński „nie poprzestał na jego zewnętrznym opisie, lecz spojrzał także w głąb jego duszy - uczynił to wprawdzie dorywczo i przelotnie, ale jakże wymownie!" Tej umiejętności nie poświadczyłby Roździeńskiemu, gdyby twórca Officiny nie był poetą, lecz jedynie autorem traktatu hutniczego.