menu

 

 

ZE SZKICOWNIKA GÓRSKIEGO

 

I

Ku tej przełęczy poganiają mnie oczy,

ku tej przełęczy porywają mnie stopy

zboczem suchym od słońca,

wydziobywały przez żar jak ptactwo.

 

Tam w dole czeka na mnie chłód,

fala chłodu i cienia sprasowanego wśród drzew

gąszcz nadziei, posłanie, sen.

 

Już teraz biegnąć, prawie napięty jak cięciwa,

z naręczem biednych wspomnień,

cięższy o tęsknotę

podnoszę mroczną przełęcz,

zbliżam ją ku ustom,

kosztuję ją w locie.

 

Gdzie jesteś, dziewczynko? – w zieleni cię nie

dostrzegę,

w wodzie nie odnajdę twojego odbicia

w trawie śladu nie odszukam.

 

A jednak wieję ku tobie,

porażony nadzieją,

przeszyty promieniem twoich oczu.

 

Dolecę – i wycinał będę ścieżkę ku tobie,

zagubiony jak ten wiersz wśród odłamków zdarzeń,

szukający pomocy,

 

słuchający szyderczego grzechotu ptaka,

przybity do ziemi,

wkręcony w zarośla jak jaszczurka.

Przedtem w locie, teraz w pełzaniu,

przedtem ucieszony bólem,

teraz unicestwiony radością.

 

 

Jak pies, który gubi ślady nad brzegiem wody rwącej,

legnę z bijącym martwym swym sercem

samotny wśród zieleni i szumu

i tylko, gdy zobaczę skrawek dalekiego zbocza,

śnić będą, że tam jestem

skąd wszystko jeszcze wydawało się

nadzieją.

 

 

II

Nie było cię w dolinie, nawet kosmyk ów

porwany przez jastrzębie

umknął – dokąd płynie?

Piłem znowu z twych dłoni, których tutaj nie ma,

potrząsałem wierzbami;

rzęsił żółty deszcz

na twój włos na twe ciało, na usta twoje.

 

Strumyk – lecz po cóż strumyk, gdy nie ma w nim

twych rąk,

trawa – lecz po cóż trawa, gdy nie ma w niej twych

śladów

 

Będę chmury zaganiał nad tę przełęcz dziką –

hej, obłoku, tylko mi się nie leń,

biegnij, przeżywaj inne, tu gdzie mych ramion stos

płonie, jakby z uścisków nic już nie ocalił.

Lećcie, chmury pękate, dudnij szczycie pod mgłą,

niech po kamieniach większy szybszy wzleci strumień,

niech padnie grom i potnie na zielone falbanki

gęstwinę, gdzie przełęcz głębsza się rozsunie.

 

Samotni, tchu nie czując,

na wietrze jak na rożnie, obracany z szumem,

może wyrwany śmierci, wystrzelony jak pocisk,

stanę na suchym zboczu znów,

nad przełęczą zieloną,

zbitą w kłąb nieprzejrzany,

ułożoną potulnie u stóp?

 

III

Tego wieczoru, w wigilię świętego Wawrzyńca,

wlokło się dymy bure, rzadkie, jak tren komety,

migające gwiazdami,

zwyczajowe dymy górali

przed odpustem świętego Wawrzyńca,

który sfrunął ze stosu do nieba.

 

Przełęcz zasłana była wonną materią dymu,

ściekały ze zbocza strugi ciepłego tchu,

strumień tam w dole ucichł

i łuskę srebrną ukrył jak przed złodziejem.

 

Dokładałem jałowca, pryskała skwiercząca zieleń,

ktoś nawet rzucił w objęcie ogniska.

Szukałem nie ciebie, towarzyszu, mój SĘDZIO

I NAUCZYCIELU,

ale JEJ kibić migała mi wśród ognia.

Widziałem ją z jednej strony,

ale z drugiej było powietrze,

style powietrze wieczoru,

puste powietrze mej miłości.

 

Ani na chwile nie ukazała swej twarzy,

była ruchem błyskawicy,

wytryskiem płomienia,

salwą wiatru,

który nagle spod ziemi wyrastał.

 

Od dni, w którym jej ciało szło

kołysząc się mile, ścieżką nad strumieniem,

cały furgon wawrzyńcowego dymu

przetoczył się doliną.

 

Teraz już tylko pamięć, ekstrakt odwagi,

teraz już tylko słowo, kształt zapomnienia,

teraz już tylko wiersz, dźwięk rozpaczy.

 

IV

Ponad przełęczą przenieść swoją młodość,

tchnąc ją w ptaka, co leci

i w wiatr, co podzielił

krajobraz mój bolesny na było i jest.

 

ponad doliną przenieść pamięć

by sama stała się lotem,

by sama była śmiechem szyderczym

z minionym zdarzeń.

 

Chwalcie miłość, dmijcie w trąby,

w smutne trąby niepamięci.

 

Tęsknota mży, z czoła płomień zdejmuje,

ale – to nie tylko praca,

szczytna praca dla dobra wspólnego.

 

Znam także pot trwogi,

że pamięć, którą przeklinam,

naprawdę wydrze mi ciebie.

 

Znam też pot rozpaczy,

że ślad, który pamiętam,

dawno zatarł się w trawie,

zabłąkał się w gęstwinie,

zginął w ciemnej dolinie,

umarł.